„Francuski styl”- lot z CSM – turbulencje i twarde lądowanie

W Mościckim Centru Kultury 17 Lutego 2015 r o godz.19 odbył się wieczór „Francuski styl”, w ramach którego organizatorzy przewidzieli koncert i spotkanie autorskie z Joanna Nojszewską autorką książki „Klucz francuski”.

Nie ukrywam, że było to wydarzenie, na które bardzo czekałam. Rzutem na taśmę udało mi się zdobyć bilety, ponieważ zostały one wyprzedane w zaledwie kilka dni. Sama uległam czarowi Francji i Paryża już dawno, a Francuski styl jest mi bardzo bliski. Nie mogło mnie zabraknąć na takim wydarzeniu. Oczekiwania miałam duże, niecierpliwie odliczając każdy dzień do koncertu, który zgodnie z obietnicą organizatorów, miał mnie przenieść „w niepowtarzalny klimat małych francuskich kawiarenek”.

Zwabiona tą obietnicą i chęcią przeżycia niezwykłego spotkania z ludźmi, z którymi dzielę swoją fascynację kulturą Francuską, zjawiłam się na koncercie.

” akustyka antresoli „

Całość wieczoru została zorganizowana w centrum kultury na antresoli. Nigdy wcześniej nie byłam tam na żadnym koncercie. Niestety raczej już na żaden koncert tam organizowany się nie wybiorę. Akustyka tej sali pozostawia bardzo wiele do życzenia, co jest zupełnie zrozumiałe gdyż nie jest to sala przeznaczona do koncertów. Myślę, że nie byłoby to aż tak dużym minusem gdyby ilość, skądinąd wspaniałych instrumentów, była jednak mniejsza. Słuchanie tego koncertu z „balkonu” niestety nie należało do przyjemności. Czasami mniej znaczy więcej. Wybór sali dał się za to wytłumaczyć, ponieważ to co zwróciło moją uwagę zaraz po przyjściu, to stalowa konstrukcja podpierająca strop, której nie dało się w prosty sposób nie skojarzyć z konstrukcją wieży Eiffla ;)

DSC01079

Jako „decor” na plus :) Jeśli już wspominam o takiej dekoracyjnej oprawie całości, muszę pochwalić organizatorów za okrągłe stoliczki, które robiły wspaniały „kawiarniany klimat” to było to ! Jeszcze gdyby tego „to” było troszkę więcej… byłoby idealnie… Może na tym nieszczęsnym balkonie, który ani nie dawał możliwości swobodnych doznań wizualnych (tylko dwie siedzące najbliżej balustrady osoby mogły oglądać koncert) ani nie pozwalał czerpać radości z muzyki (wspomniana już fatalna akustyka), trzeba było ustawić stoliczki. Osoby siedzące przy nich mogły by przynajmniej w tym względzie poczuć „kawiarniany klimat”. Pięknie by tam wyglądały.

„Dulce de leche” zamiast „creme brulee”

Kończąc jednak dywagacje na tematy organizacyjne, a przechodząc do meritum czyli do koncertu, muszę niestety powiedzieć że, zamiast obiecanej uczty z „creme brulee” zaserwowano mi „dulce de leche”.

Cóż, było wspomniane na plakatach Buenos Aires i New York, tak, tak zauważyłam… Byłam jednak przekonana, że będzie to wyłącznie niezauważalny dodatek, skoro myślą przewodnią wieczoru jest „Francuski styl”.

„lot z Buenos Aires przez Nowy Jork do Paryża”

Jako wprowadzenie, w obiecany czar francuskich uliczek, orkiestra zaserwowała tango Astora Piazzolli. Poczułam się troszkę nieswojo, ale mając przed oczyma plakat wydarzenia, starałam się zrozumieć, że „lecimy z Buenos Aires do Paryża przez Nowy Jork”…odlot z Buenos był jednak niezwykle mozolny… koniec końców zajęło to muzykom połowę koncertu. (Powinni byli chyba jednak zamiast muzyków zatrudnić pilotów, ale rozumiem że w tej sprawie mogę mieć jedynie pretensje do linii lotniczych CSM ;) ) Szczęśliwie w połowie koncertu udało nam się wylądować na Charles De Gaulle i tutaj niestety kolejne rozczarowanie :(. Obsługa lotniska narzuciła szybkie tempo, zamiast więc poruszać się subtelnym krokiem walców paryskich, miałam wrażenie, że te walce są nadal niesione rytmem i niepokojem tanga z Buenos. Grane w zbyt szybkim tempie straciły swoją naturalną płynność i piękno. Aranżacja ciekawa… i zapewne doceniłabym ją w innych okolicznościach, ale byłam już tak spragniona paryskiego klimatu, że po tym wykonaniu poczułam się autentycznie rozczarowana. Niestety wiedziałam już, że nie będę w stanie osiągnąć tutaj emocjonalnie „paryskiego stanu ducha”. Publiczność gorąco biła brawo, jakby chciała dać do zrozumienia orkiestrze, że właśnie po to tutaj przyszła… po taką muzykę. Bowiem brawa, po wiązance walców paryskich brzmiały długo i intensywnie, nie tak jak po wcześniejszych tangach argentyńskich… Po tej energicznej wiązance, nastał czas, na najbardziej wyczekiwane piosenki (mojej ukochanej) Edith Piaf. Gdyby ten koncert zaczął się w taki sposób jak się skończył, myślę że doceniłabym go bardziej. Pięć piosenek Edith Piaf, to niewiele… Dwie z nich („Hymne a l’amour” i „Non, je ne regrette rien” ) były w stanie pokazać ciekawy wokal artystki Pani Katarzyny Jamróz i odkryć przed słuchaczami potencjał jej głosu. Na wielką uwagę zasługiwało również brzmienie akordeonu, który faktycznie przywoływał przed moje oczy pejzaże znad Sekwany. Był jednak zbyt mało słyszalny, chciałoby się wręcz by „grał pierwsze skrzypce”, ale skrzypiec na scenie nie brakowało i zdecydowanie nie chciały ustąpić mu pierwszeństwa ;) (Chociaż same w sobie, również brzmiały cudownie, to tak jak zaznaczyłam wcześniej, w tej fatalnej akustyce po prostu było tego za dużo.)

DSC01102

Zastanawiałam się czy w ogóle, a jeśli tak, to jak mam napisać taką niepochlebną recenzję. Artyści są artystami wspaniałymi. Jeśli jednak chodzi o dobór repertuaru i interpretacje muzyczną, mam ogromy żal do muzyków i organizatorów, że pozbawili mnie w ten sposób wielu wspaniałych emocji i wrażeń, które mięli potencjał zaserwować. To mnie boli najbardziej, że potencjał był ogromny a wyszłam z koncertu (co zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu) z poczuciem niespełnienia. Na koncertach piosenki francuskiej, a szczególnie koncertach poświęconych Edith Piaf bywam gdy tylko mam okazję i to co mnie uwodzi najbardziej, to co tworzy tę wyjątkową aurę „paryskości” to subtelna aranżacja utworów, bardziej klasyczna, wydaje mi się że genialnych rzeczy nie ma sensu zmieniać. Oczywiście, że nie przyszłam na ten koncert z oczekiwaniem, że usłyszę Edith Piaf w oryginale. Niestety nie mogę uniknąć w tym miejscu porównania do Pani Doroty Lulki i jej zespołu (akordeon i kontrabas). Utwory, które wykonuje są dość wierne w aranżacji oryginałom, mamy świadomość, że nie słyszymy oryginalnej Piaf, wiemy że czaruje głosem Pani Dorota, natomiast ulegamy jej magnetyzmowi niemal tak samo jak kiedyś słuchacze ulegali samej Edith. I o ten magnetyzm, o tą siłę aranżacji, o wywołanie pewnych magicznych emocji związanych z tą specyfiką francuskiego stylu, mi chodzi.

Pani Joanna Nojszewska na spotkaniu autorskim opowiadała o tym jak Francuzi potrafią korzystać z dóbr kultury oraz dbać o nią. Mówiła również o tym jak ważne są dla nich detale i szczegóły. W tym wykonaniu koncertu zabrakło mi właśnie tej francuskiej elegancji i dbałości o detal. Zabrakło mi „francuskości” w interpretacji i samej muzyce, być może by grać francuską muzykę trzeba mieć również francuską duszę…

DSC01108

Ps. Książce „Klucz francuski” Pani Joanny zostanie poświęcony osobny wpis :)

Advertisements

One thought on “„Francuski styl”- lot z CSM – turbulencje i twarde lądowanie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s